Niedziela. Zupełnie spontanicznie. Zamiast planowanej dolce far niente, złapałem kluczyki, wrzuciłem butelkę wody do samochodu i… po prostu ruszyłem przed siebie.
Kierunek? Gdynia.
Mieszkałem w tym mieście 16 lat. To nie jest “bywanie”, to jest fragment życia wtopiony w morskie krajobrazy, szum fal i charakterystyczną, modernistyczną zabudowę.
Każda wizyta to jak otwieranie pamiętnika, ale ta dzisiejsza, tak niezaplanowana, miała szczególny smak.
Droga minęła szybko, przy dźwiękach ulubionej muzyki i rosnącej ekscytacji. A potem… powitanie. Ten pierwszy widok na Zatokę Gdańską. Serce zawsze wtedy mocniej bije.
Zaparkowałem gdzieś w okolicach Śródmieścia i ruszyłem przed siebie, nogi same niosły mnie w znanym kierunku.
Bulwar Nadmorski.
Mój absolutny punkt obowiązkowy, mój kompas w tym mieście. I znów, jak za dawnych lat, urzekł mnie totalnie.
Ta niedzielna, leniwa atmosfera! Rodziny na spacerach, rowerzyści, biegacze, ludzie wpatrzeni w horyzont na ławeczkach.
Zapach soli, wiatru i smażonych ryb. Krzyk mew, które są tu nieodłącznymi gospodarzami.
Szum fal rozbijających się o betonowe umocnienia – dźwięk, który działa na mnie jak balsam.
Szedłem powoli, wchłaniając każdy szczegół.
Marina pełna białych żaglówek kołyszących się na wodzie. I ten niepowtarzalny, morski klimat Gdyni – trochę surowy, trochę elegancki, zawsze tchnący wolnością i przestrzenią.
Wspomnienia napływały falami, ciepłe i nieco nostalgiczne. To miasto to nie tylko architektura i morze, to kawał mojej historii, młodości, pierwszych poważnych decyzji.
Dzisiejszy spontaniczny wyjazd był jak spotkanie z dobrą, dawną przyjaciółką. Gdynia mnie ponownie oczarowała.
Przypomniała, dlaczego tak ją kochałem (i kocham nadal!).
Jest po prostu wyjątkowa.
Gdynia, Moje Miasto.